wtorek, 9 kwietnia 2013

Hokus pokus, czary mary, zmieni się rozkład - będziesz miał koszmary!

Witam i od razu wyjaśniam, że tytuł jest mylący, aczkolwiek o tym będzie też. Ostatnio frapuje mnie pewna bardzo istotna kwestia, którą z pewnym nasileniem obserwuję od dobrych kilku miesięcy. Chodzi o punktualność pociągów, którą nazwę mikropunktualnością.

Dla przewoźników kolejowych opóźnienie do pięciu, a nawet do dziesięciu minut, często nie istnieje. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby tego rodzaju sytuacje zdarzały się sporadycznie. Te jednak są codziennością pasażerów, którzy w deszczową czy śnieżną pogodę spacerują ze zdenerwowania wzdłuż i wszerz peronów, bo oto pociąg spóźnia się 7-8 minut, i nikogo to jakby nie interesuje.

Dawniej takim fenomenalnym zjawiskiem były opóźnienia pociągów odjeżdżających ze stacji początkowych, wywołane oczekiwaniem na skomunikowania. Właściwie ten problem zniknął, przynajmniej w Krakowie. Jakoś udało się tak ustawić skomunikowania, żeby pociągi się wzajemnie nie przytrzymywały za szelki. Jednak świat nie znosi pustki, jak widać, i problemy musiały się pojawić w innym rejonie.

Sytuacja bowiem często wygląda następująco: pociąg odjeżdża planowo, gdzieś po drodze okazuje się, że ma kilkuminutowe opóźnienie, potem je nadrabia, by gdzieś dalej przyjechać zbyt wcześnie, a więc dłużej stoi, i tak w kółko.

Ostatnio podróżuję korzystając ze stacji Chrzanów, Krzeszowice i Wola Filipowska, względnie Trzebinia. W zeszły wtorek pociąg do Katowic pojawił się w Woli Filipowskiej zamiast o 7:29, nie wiedzieć czemu, o 7:38, po czym pędził na złamanie karku (to znaczy pomijając niektóre ograniczenia i nieznacznie przyspieszając miejscami), by w Trzebini zmniejszyć opóźnienie do sześciu minut. Tego samego dnia pociąg mający ze stacji Chrzanów wyruszyć o 13:11, uczynił to o 13:18, i z 10-minutowym opóźnieniem pojawił się w Krzeszowicach.

Dziś podobna sytuacja. O ile pociąg do Katowic poślizgnął się tylko o 3 minuty (odjechał o 7:32), to pociąg z Oświęcimia, który z Trzebini miał wyruszyć o 11:26, zrobił to o 11:33. W efekcie w chwili, gdy miałem wysiadać już w Krzeszowicach, byłem dopiero na Woli. Za to pociąg do Oświęcimia przyjechał według swojego durnego rozkładu o 11:16, czekał 10 minut i planowo odjechał, wstrzymując rzeczony pociąg ze strony przeciwnej przez rozjazdami.

Każdy z Was może sobie teraz pomyśleć, że robię jakiś dramat czy coś. Ale przyznajcie sami: ilu z Was doznaje z tego powodu frustracji i zdenerwowania? Ilu z Was często marznie, albo czeka w przemokniętych butach, albo zapomniała parasola, i czeka na stacji na pociąg zamiast kilku minut - kilkanaście? Ktoś, kto podróżuje sporadycznie, nie zwraca na to uwagi. Ten kłopot dotyczy przede wszystkim tych, którzy dojeżdżają gdzieś codziennie. I codziennie pociąg wykonuje po drodze jakieś inne, dłuższe lub krótsze ewolucje.

Przypomnę tylko jeszcze, że od niedzieli 14 kwietnia nastąpi kolejna zmiana rozkładu jazdy, więc zalecam się stosownie zapoznać, polecając tę stronę: http://rozklad.plk-sa.pl/

Ostatnio spotkałem na stacji w Krzeszowicach pewną starszą Panią, która, pełna rezygnacji i zwątpienia, próbowała sobie odpisać pociągi do Krakowa i stwierdziła, że tylko niektóre się da, bo dużo i tak codziennie jeździ inaczej. Zrobiło mi się jej żal, a kiedy chwile później uświadomiłem sobie komizm i absurdalność całej tej sytuacji, ciężko było mi powstrzymać śmiech.

Nie rozumiem tych zmian zwłaszcza, że remontu jak nie było, tak nie ma.

Jeśli ktoś z Was ma podobne doświadczenia kolejowe, gdzie pociąg błądzi, przyjeżdża poza rozkładem i właściwie próba podróży jest trochę jak polowanie na mysz, niech śmiało komentuje, lub jeśli nie ma śmiałości - podzieli się ze mną tym drogą emaliową. A ja, niczym Dorota Krzywicka, postaram się pomóć^^

Pozdrawiam!

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Anonimowe komentarze nie będą akceptowane