poniedziałek, 30 września 2013

Spóźniony zapłon...

Właściwie cykl narzekania na usługi kolejowe w naszym kraju nie powinien mieć końca. Odłożę jednak na bok kwestie stanu taboru, infrastruktury, trajkoczących zapowiadaczek etc.

Moją uwagę przykuł ostatnio ewenement, absurdalny i śmieszny. Otóż, wracając z Krakowa pociągiem w kierunku Trzebini zauważyłem, że czas przejazdu wynosi 48 minut. Cóż, wszystko byłoby zrozumiałe gdyby nie fakt, że to pociąg jadący o... 23:25. Okay, odjechał planowo z Głównego, wlókł się gdzie tylko mógł, stał na stacjach idiotycznie długo (4 minuty postoju w Rudawie o północy to chyba jakaś paranoja), ale mimo tych w sumie prawie 8 minut postojów na stacjach, do Krzeszowic dojechał przed czasem, po 46 minutach. Gdzie tu logika? Zresztą w tej stacji oczekiwał znów nie wiadomo na co, odjeżdżając o 00:18, czyli 5 minut spóźniony.

Ja tutaj czegoś nie rozumiem. Najpierw, po wprowadzeniu kilka miesięcy temu idiotycznego ograniczenia, wystosowano komunikaty obwieszczające, że pociągi mogą mieć kilka do kilkunastu minut opóźnień. Rozkładów nie dostosowano. Teraz, gdy ograniczeń już nie ma, rozkład jest tak ułożony, że pociągi muszą celowo jechać wolniej lub mieć przestoje na stacjach, by realizować założenia tabeli odjazdów. Dochodzi do sytuacji, w których pociągi z kierunku Trzebini zjawiają się w Krzeszowicach 3-4 minuty wcześniej, a kierownik pociągu przed wydaniem sygnału odjazdu naradza się z ekipą prowadzącą, czy już jest odpowiednia godzina.

Proszę Państwa, oto "Miś", chciałoby się powiedzieć. Smutne jest tylko to, że w tym gąszczu nierozwiązanych spraw pasażerowie mają coraz bardziej dosyć, i wolą wybierać droższą podróż busem, który zresztą zwykle trzyma się rozkładu i jest lepiej zorganizowany od kolei w tym kraju...



Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Anonimowe komentarze nie będą akceptowane