czwartek, 2 października 2014

KRAKÓW: W październiku więcej liści i tłoku w autobusach

Wspominałem wczoraj o tym, że początek roku akademickiego przynosi znaczne kłopoty logistyczne, wywołane nagłym przypływem studentów. Cóż, studenci jakoś się po mieście poruszać muszą, a mieszkańcy, przyzwyczajeni do luźnej atmosfery po wakacjach, każdej jesieni uruchamiają moduł narzekania na tłok. Jednych i drugich należy zrozumieć, kursów powinno być więcej, jednak sytuacja nie jest tak prosta do uregulowania, jak mogłoby się wydawać.

Radio Kraków zostało zasypane wiadomościami od rozżalonych pasażerów. Że na 173 powinni dołożyć autobus, że korki, oraz że w ogóle do autobusów nie da się wsiąść. Nie da się, to prawda. Ale nieuzasadnione propagowanie "dokładania kursów" to nie jest droga, którą należy podążać.

Gdyby tak przez chwilę stanąć na przystanku autobusowym w godzinach szczytu, można by się ciekawych rzeczy dowiedzieć, między innymi o kulturze osób podróżujących komunikacją miejską. W Krakowie (w innych miastach pewnie też) wszyscy będą zaraz wysiadać. Wymiana pasażerów jest rekordowa na skalę światową, toteż wszyscy stoją w drzwiach. Miejsc wolnych mnóstwo, nawet (o zgrozo!) siedzących, ale cóż, przecież "ja zaraz wysiadam". No i tak wysiadają Ci Krakowianie nagminnie, przez co inni zostają na przystankach z niczym. Oczywiście zdarzają się przypadki, kiedy w pojeździe faktycznie panuje ścisk, i nie są to przypadki odosobnione, jednak moja wieloletnia praktyka w Krakowie pokazuje, że mam rację.

Kolejnym problemem jej wrodzona Krakusów chytrość i, paradoksalnie, indolencja. Mało kto wie bowiem o zasadzie +1 przystanek. Sporo osób nie korzysta także z możliwości przejazdu alternatywnymi liniami, poruszającymi się tą samą trasą, co linia widniejąca na ich bilecie okresowym. W komunikacji tramwajowej jest to rzadko spotykane, problem częściej dotyczy autobusów. Wielokrotnie zdarzało mi się dokonywać oświecenia rodowitych Krakowian w tej kwestii. No, i kwestia wspomnianej chytrości - nie można się przesiadać, bo przecież to wymagałoby wydania dwadzieścia złotych więcej na bilet miesięczny. Dwadzieścia złotych to półtorej paczki papierosów. Dwadzieścia złotych to kilka piw. W skali miesiąca ubytek niezauważalny.

Na koniec, taki niepoprawny politycznie smaczek: gdybym był seniorem na emeryturze, za nic w świecie nie dałbym się zmusić do korzystania z komunikacji miejskiej w godzinach porannego szczytu komunikacyjnego. W dzisiejszych czasach zakupy można zrobić o każdej porze dnia i nocy - nie trzeba już niczego wystawać od świtu w różnych rejonach miasta.

Podsumowując - jest źle, to przyznać trzeba. Relatywnie tania krakowska komunikacja miejska nie wyrabia na zakrętach od dawna. Jest to wina pieniędzy, władz, systemu i wieloletnich zaniedbań w mieście, przede wszystkim tych z poprzedniego ustroju. Jest to też jednak wina samych pasażerów, którzy nie chcą myśleć. Nie kombinują, nie próbują ułożyć sobie alternatywnych tras dojazdu do pracy, szkoły czy gdziekolwiek indziej. I chyba najwięcej szkody systemowi przynoszą bilety na jedną linię, ponieważ generują one tłok na określonych ciągach. Sprawa jest mocno dyskusyjna. Ja swoje zdanie wyraziłem.

www.radiokrakow.pl

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Anonimowe komentarze nie będą akceptowane