piątek, 6 marca 2015

Mit darmowej komunikacji miejskiej


Darmowa komunikacja miejska to już niemalże hasło „wytrych”, które wykorzystywane jest w polityczno-ekologicznych zagrywkach w wielu miastach Polski, ale i poza jej granicami. Pierwszą i nadrzędną rolą takiego rozwiązania jest, w myśl jego zwolenników, zachęcenie do korzystania z publicznego transportu miejskiego tych, którzy do tej pory woleli podróżować własnymi samochodami. Jak się jednak okazuje, skutek wcale nie jest taki oczywisty.

Przykład stolicy Estonii, gdzie darmowa komunikacja funkcjonuje od 2013 roku, pokazuje, że wzrost podróży środkami miejskiego transportu jest raczej niewielki i to nawet pomimo faktu, że w przedsięwzięcie wciągnięta została także kolej w obrębie miasta (pasażerów przybyło ledwie o 3%). Nawiasem mówiąc, miasto wycofuje się właśnie z darmowych przejazdów koleją, co może oznaczać, że pomysł powoli zaczyna się sypać.

W Polsce darmowa komunikacja jest np. w Żorach i Lubinie. Jastrzębie-Zdrój też chce darmowych miejskich autobusów (wprowadzenie takiego rozwiązania możliwe będzie najwcześniej za ok. 2 lata). O ile w przypadku niewielkich miejscowości takie rozwiązanie może się sprawdzić, bo jeśli nawet nie wywoła lawinowego wzrostu przejazdów komunikacją miejską, to przynajmniej znacząco nie nadszarpnie środków budżetowych, zarezerwowanych na dotację do miejskiego transportu, o tyle zgrozę i przerażenie budzą u mnie pomysły darmowej komunikacji w wielkich polskich aglomeracjach, jakie przewijają się ostatnio w kampaniach samorządowych czy prezydenckich.

Wyobraźmy sobie darmową komunikację w Warszawie czy Krakowie, skutkującą (osobiście wątpię, ale warto dopuścić czarne scenariusze) wzrostem przewożonych pasażerów o jakieś 30%. Załóżmy, że metro warszawskie, kursujące co 1,5 minuty, musi przyjąć dodatkowo choćby 150 tysięcy pasażerów w ciągu dnia roboczego. Finał takiej sytuacji łatwo przewidzieć - zafundowalibyśmy sobie obrazki rodem z Moskwy, gdzie normą na niektórych liniach jest permanentny brak miejsc w składach, spowodowany wyczerpaniem przepustowości szlaku (metro nie może kursować przecież co 20 sekund!). Przykład może trochę na wyrost, ale z pewnością obrazowo przedstawia zagrożenia, płynące z takiego rozwiązania. Zresztą, spójrzmy realnie: zakładany wzrost liczby pasażerów w pojazdach komunikacji miejskiej w wielu przypadkach wymusiłby wzrost częstotliwości przynajmniej na najważniejszych liniach. A to oznacza nowe tramwaje, autobusy, większe zajezdnie, więcej pracowników, czyli jednym słowem: wydatki. Wydatki, na które trzeba by znaleźć pieniądze. Pieniądze te musiałyby pochodzić z dotacji z budżetu miejskiego, a zatem – z podatków. I tak właśnie utopijna wizja darmowych tramwajów zjada własny ogon. To jest po prostu bzdura.

Ciekawe rozwiązanie w tej materii wprowadził w lipcu 2010 roku Strasburg we Francji, stosując tzw. taryfę solidarnościową. O cenie biletu miesięcznego decyduje tutaj wiek pasażera i jego dochody. Normalny bilet miesięczny ważny w granicach aglomeracji kosztuje tam 46,40 euro. Jeśli jednak mieszkaniec ma minimum 65 lat, lub poniżej 25 – płaci połowę tej ceny, czyli 23,20 euro. Miasta uzależniło ponadto cenę biletu od dochodu na osobę który. Kryteria są następujące:
  • dochód na osobę nie przekracza 750 euro – opłata stanowi 50% należności z cennika,
  • dochód na osobę nie przekracza 550 euro – opłata stanowi 25 % należności z cennika, 
  • dochód na osobę nie przekracza 350 euro – opłata stanowi 10% należności cennika.

Pomysł ten tłumaczony jest jako sprawiedliwy, ponieważ każdy dokłada się do miejskiego transportu na tyle, na ile go stać. I nie pomyli się ten, kto sądzi, że był to projekt trafiony. Według danych z grudnia 2013 roku komunikacją miejską jeździ zauważalnie więcej osób, a wpływy z biletów wzrosły. Między 2009 a 2012 r. Liczba osób korzystających z kart miejskich wzrosła o 20,2 %, a 54,6 % z nich korzysta z ulgi wynikającej z kryterium dochodowego. W 2012 roku zanotowano w mieście niemal 114 milionów podróży, czyli aż o 19,5 % więcej niż 3 lata wcześniej, a zyski z biletów w tym czasie wzrosły o 16 % (wyniosły 42 mln euro). Może więc zamiast pakować się w „darmową” komunikację miejską, warto byłoby pomyśleć o francuskim rozwiązaniu?

Tramwaj w Strasburgu (fot. Eole99, pl.wikipedia.org)





Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Anonimowe komentarze nie będą akceptowane