poniedziałek, 26 października 2015

Katastrofy komunikacyjne w Polsce: część 1 - wypadek tramwaju w Szczecinie

Listopad to taki nostalgiczny czas, kiedy generalnie coś lub kogoś wspominamy. Przez parę ładnych tygodni będę się teraz kłaniał tym, których interesują komunikacyjne wypadki, jakie zdarzały się w Polsce na przestrzeni ostatnich, powiedzmy kilkudziesięciu, lat. Cykl ten będzie niejako wpleciony do ciekawostnika "Czy wiesz, że?", do którego zwykłej formy wrócę z czasem.

Na pierwszy ogień, bodaj największa w historii polskiej i europejskiej komunikacji tramwajowej, katastrofa w Szczecinie. Zdarzenie to miało miejsce 48 lat temu, 7 grudnia 1967 roku, na ulicy Wyszaka. Tego dnia młoda motornicza, Krystyna Presseisen, objęła rano trójskład tramwajowy, złożony z wagonu silnikowego Kosntal 4N, o numerze bocznym 241 oraz dwóch przedwojennych doczep, tzw. pulmanów. Jeszcze zanim kobieta wyjechała składem na linię numer 6, zgłosiła problemy techniczne. Dyspozytor wysłał więc mechanika, który ostatecznie nie dopatrzył się usterki. Skład wyjechał z zajezdni z niewielkim poślizgiem o 4:37. Już podczas drugiego kursu w kierunku Gocławia, w alei Niepodległości, doszło do awarii składu - zerwał się łańcuch między wagonami. Motornicza, po naprawieniu tej usterki, wróciła do wagonu i poprosiła pasażerów, by, ze względu na przeciążenie składu,  przesiedli się do nadjeżdżającego z tramwaju linii 1. Tak się jednak nie stało i choć kierująca tramwajem zdawała sobie sprawę z niebezpieczeństwa, to została przez dyspozytora zobligowana do dalszej jazdy. O godzinie 6:35 tramwaj jechał już ulicą Wyszaka. Było to o tyle problematyczne miejsce, że spadek na tej ulicy przekraczał 5% i kończył się 45-stopniowym zakrętem. 

Tramwaj nabierał prędkości. Motornicza zamierzała zredukować prędkość stosując hamowanie elektromagnetyczne. Wówczas z nastawnicy poleciały iskry i zaczął wydobywać się dym - hamulce wysiadły. Obsługa konduktorska w wagonie doczepnym na próżno usiłowała zatrzymać skład hamulcem ręcznym. Siła pędu była już tak wielka, że tramwaju nie udało się zatrzymać. Skład pędził z góry z prędkością kilkudziesięciu kilometrów na godzinę, na pewną zgubę.

Wszystkie trzy wagony wykoleiły się. Pierwszy wagon (motorowy) mocno uderzył w krawężnik, po czym wybił się w górę przewracając się. Drugi wagon przewrócił się na prawy bok, uderzył w latarnię i złamał się w pół. Oba sunęły jeszcze wzdłuż ulicy, miażdżąc wielu pasażerów. Ostatnia doczepa tylko lekko się przechyliła i nie doznała uszkodzeń.

Na pomoc przybyli przypadkowi przechodnie oraz uczniowie pobliskiej Wyższej Szkoły Morskiej. Udzielali oni pierwszej pomocy. Ludzie odwozili rannych do szpitali prywatnymi samochodami. Po pewnym czasie od zgłoszenia wykolejenia przybył dźwig. Podczas podnoszenia pierwszego wagonu jedna z lin rozerwała się, a wagon spadł z wysokości kilkudziesięciu centymetrów na rannych.

W sumie w katastrofie zginęło 15 osób, a niemal 150 odniosło obrażenia, z czego 42 trafiły do szpitali z ciężkimi obrażeniami. Badająca sprawę komisja Ministerstwa Gospodarki Komunalnej na czele z wiceministrem Jerzym Majewskim orzekła, że do katastrofy doprowadziła awaria elektrodynamicznego układu hamulcowego. Zawiodły silniki - w nastawnicy przepaliły się obwody. Wskutek tego zdarzenia w Szczecinie zakazano tworzenia trójskładów tramwajowych, a także wprowadzono elektryczny system zamknięć drzwi. W skali całego kraju przeprowadzono kontrolę układów hamulcowych tramwajów oraz wprowadzono bezwzględny nakaz instalowania hamulca szynowego. Torowisko na Wyszaka zamknięto, zastępując je szynami na ulicy Parkowej. Obecnie ulica Wyszaka już nie istnieje - została zlikwidowana w roku 1978 na potrzeby budowy zachodniej strony węzła na Trasie Zamkowej.


fot.: images4.wikia.nocookie.net

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Anonimowe komentarze nie będą akceptowane