poniedziałek, 14 grudnia 2015

Katastrofy komunikacyjne w Polsce, część 8: kolejowa "czarna seria" w między Krzeszowicami a Trzebinią

Trzebinia i szlak między tym miastem a Krzeszowicami są miejscem stosunkowo nieszczęśliwym dla ruchu kolejowego. W przeciągu ostatnich 100 lat doszło tam do kilku katastrof i wypadków kolejowych, w których zginęło lub zmarło w wyniku obrażeń w sumie co najmniej kilka osób.

Pierwsza poważna katastrofa w okolicach Trzebini wydarzyła się 13 marca 1912 roku. około godziny 5:00 rano pociąg wyjeżdżający z Trzebini do Szczakowej zderzył się z lokomotywą przetaczającą wagony. Lokomotywa rozcięła 15 wagonów osobowych, miażdżąc częściowo ich wnętrza. Rannych zostało około stu pasażerów, część zmarła w szpitalach.

Siedem lat później znowu doszło do wypadku w Trzebini. 17 lutego 1919 roku około godziny 23:00, na stacji w Trzebini, maszynista pociągu technicznego, jadącego z Oświęcimia do Krakowa, zignorował sygnał Stój, doprowadzając do zderzenia z pociągiem pospiesznym jadącym z Krakowa do Warszawy. Straty materialne zapewne były spore, ale obyło się bez ofiar śmiertelnych.

8 marca 1925 roku o godzinie 4:30 na stacji w Dulowej pociąg osobowy relacji Łódź - Kraków najechał na pociąg towarowy. Ratownicy kolejowi zastali na miejscu piętrzącą się górę splątanego żelastwa. Podejrzewano, że mogą tam jeszcze być uwięzieni kolejarze. Pewne było natomiast, że Józef Preindl, kierownik pociągu, zginął na miejscu. miał zmiażdżoną głowę. kilku innych kolejarzy zostało rannych. Konduktor bagażowy Andrzej Lewiński był ciężko ranny w głowę i w rękę. Obrażenia odnieśli także kolejarze z załogi lokomotywy i, jadący w wagonie pocztowym, urzędnik Jan Stanek. W Dulowej pracował wtedy specjalny pociąg ratunkowy wyposażony w potężny dźwig. Przy jego pomocy ustawiono na tory lokomotywę pociągu osobowego, która dosłownie wjechała na tył wagonu towarowego. Szczątki rozbitych wagonów załadowane zostały na platformy, aby możliwie szybko przywrócić normalny ruch na linii kolejowej do Krakowa.

Jeszcze w czasie usuwania skutków katastrofy władze kolejowe szukały jej przyczyn. Ustaliły, że winę ponosili kontroler zwrotnic i zwrotniczy.

Największa katastrofa wydarzyła się 2 października 1934 roku w Krzeszowicach. Na stojący przy semaforze przed stacją pociąg pospieszny z Gdyni, najechał pociąg pospieszny z Wiednia. W wyniku zderzenia zginęło 11 osób, a kilkanaście zostało rannych. Dwa wagony zostały doszczętnie zniszczone. J. Zieleżnik, maszynista pociągu pospiesznego jadącego z Wiednia, opowiadał, że we mgle, w odległości około 250 metrów zobaczył nagle stojący przed semaforem pociąg i natychmiast uruchomił hamulce i kontraparę (parę wpuszczoną z odwrotnej strony tłoka dla zahamowania jego ruchu). Jego zdaniem, zabrakło około 15 metrów, aby uniknąć zderzenia. Pociąg może udałoby się zatrzymać, ale koła ślizgały się po wilgotnych szynach. Drugi bezpośredni świadek zdarzenia, palacz parowozu Stanisław Bryś, nic nowego nie wniósł do śledztwa, bo był cały czas zajęty przy obsłudze kotła i nie zauważył zagrożenia. Na miejscu katastrofy szybko pojawili się ludzie niosący pomoc i gapie. Przybył hrabia Artur Potocki z żoną Marią, który udostępnił pokoje w swoim pałacu dla rannych i lekarzy. Przywracanie ruchu kolejowego na linii krakowskiej trwało do wieczora tego feralnego dnia.

Policjanci prowadzili działania śledcze jeszcze w czasie trwania działań ratowniczych. Pierwszym podejrzanym stał się maszynista pociągu jadącego z Wiednia. Zdecydowano nawet o jego aresztowaniu. Okazało się jednak, że to nie on spowodował katastrofę. Na wyjaśnienie przyczyn katastrofy trzeba było czekać do maja 1935 roku. Sąd uznał, że winnymi tragedii byli Antoni D., który wyprawił pociąg wiedeński do Krzeszowic po tym samym torze, na którym stał jeszcze pociąg z Gdyni i Gabriel N., który swoim zaniedbaniem przy wydawaniu polecenia służbowego przyczynił się do błędnej decyzji.

W grudniu 1935 roku w Krzeszowicach pociąg towarowy wpadł na ślepy tor, a następnie stoczył się do rzeki. Wtedy przyczyną była awaria instalacji parowej w kabinie lokomotywy. Strumień rozgrzanej pary uniemożliwił maszyniście zatrzymanie składu. Odważny kolejarz do ostatniej chwili próbował uruchomić hamulce, ale awaria była zbyt poważna. Maszynista zmarł w wyniku odniesionych obrażeń, a drugą ofiarą śmiertelną był konduktor.

fot. NAC (forum.modelarstwo.info)

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Anonimowe komentarze nie będą akceptowane