czwartek, 7 stycznia 2016

Atak zimy a polska kolej, czyli wszystko po staremu...

W ostatnich dniach mocno nam w Polsce przymroziło. Po niezwykle ciepłych świętach, kiedy to w słońcu temperatura sięgała 20 stopni Celsjusza (wiosną bywa zimniej) można stwierdzić, że mieliśmy najcieplejszy grudzień w historii pomiarów. Jednak już ostatnie dni grudnia przyniosły ochłodzenie, ale to, co wydarzyło się w pogodzie w pierwszych dniach stycznia było prawdziwym szokiem. Temperatura spadała miejscami do -25 stopni, a w ciągu dnia wiatr utrzymywał ją na poziomie nawet poniżej -10. Nie trzeba było długo czekać na kolejowe efekty tych zjawisk, które dały się odczuć już po pierwszych przymrozkach.

W całym kraju zdarzały się opóźnienia, co przy mrozach w Polsce nikogo już nie dziwi - przecież tak było zawsze. Po tyłku dostała sieć trakcyjna, jak na przykład między Tychami a Katowicami z 4 stycznia, gdzie awaria powodowała duże opóźnienia. Pod Oleśnicą koło Wrocławia na 40 minut utknął skład TLK Słowacki z powodu awarii systemu sterowania ruchem.

Od zimy oberwało się także pociągom samym w sobie. Problemy miały i Flirty, i Dart. Przykładowo pociąg IC Kolberg, prowadzony Flirtem najpierw miał problem z wyjazdem z Krakowa, a ostatecznie z powodu uporczywych kłopotów pasażerów przesadzono do jadącego prawie 4 godziny później IC Orłowicz. Flirty miały też problemy na trasie powrotnej z Olsztyna do Krakowa. Jeden z kursów w ogóle się nie odbył, natomiast drugi odnotował 90 minut opóźnienia. Z Warszawy do Olsztyna nie wyjechał też IC Kortowo, obsadzany Flirtem. Jeden z kursów Darta na IC Bystrzyca z Warszawy do Lublina miał kłopoty z systemem komputerowym i drzwiami, i według pasażerów dojechał zaledwie do Rembertowa.

Największą wpadkę zaliczyły nowe Gamy z Pesy, które jak jeden mąż odmówiły posługi. Pociągi do Zamościa i Zagórza przestały w ogóle jeździć, zastąpione na kilka dni komunikacją autobusową. Rozgoryczenie pasażerów było tym większe, że podstawione autobusy były przepełnione i często trzeba było czekać na mrozie długi czas, zanim wyruszyło się w podróż. Osobiście w środę, 30 grudnia, spotkałem pewną panią z Gliwic, która miała wyruszyć w drogę dużo wcześniej, jednak z powodu awarii składu złapała kilka godzin opóźnienia. Tego dnia pociąg IC Siemiradzki z Zamościa miał ponad 150 minut opóźnienia. Koniec końców wszystkich pasażerów tego pociągu przejął późniejszy pociąg z Przemyśla. Od Dębicy w składzie było, lekko mówiąc, tłoczno. Jeśli dołożyć do tego nagminne problemy z terminalami do sprzedaży biletów, to nie można dziwić się, że większość podróżnych nie ma ochoty więcej korzystać z usług PKP Intercity, które mimo dotacji ciągle funduje swoim pasażerom tego rodzaju przygody.

Zastanawia fakt, jak to możliwe, że w naszym klimacie, w którym mróz i śnieg nie są niczym nadzwyczajnym, ciągle pojawiają się takie sytuacje? Co musi się stać, żeby 10-stopniowy mróz nie powodował kompletnej degrengolady połączeń kolejowych w kraju? W ostatnich dniach około 30% wszystkich połączeń notowało opóźnienia.

Na szczęście stary tabor, przygotowany na toporne warunki atmosferyczne, spisał się. Stare "kible" i lokomotywy, poza pewnymi wyjątkami, dały radę. O dziwo, nie było też kłopotów z Pendolino... Może czas przestać oszczędzać na prawidłowej obsłudze technicznej taboru kolejowego?

Teraz mieliśmy tylko mróz. Co by było, gdyby spadł jeszcze śnieg, jak przed dwoma laty? (fot. wiadomosci.dziennik.pl)

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Anonimowe komentarze nie będą akceptowane