wtorek, 9 sierpnia 2016

Dlaczego w Polsce ciągle bez samochodu ani rusz?

W Polsce nie brakuje dużych miast. Prawie dwumilionowa Warszawa z przyległościami, kilka dużych ośrodków jak Kraków, Wrocław czy Łódź. Są też mniejsze miasta, jak Tarnów, Grudziądz czy Legnica, gdzie mieszkańcy mają lepszą albo gorszą komunikację zbiorową. Kiedy jednak dochodzimy do miejscowości od 10 tysięcy w dół, sprawa się komplikuje, o polskiej wsi nie wspominając...

Kiedy nastały nowe czasy gospodarcze, czyli na początku lat 90., nasz kraj zaczęła zalewać fala tanich, używanych samochodów zza granicy. Nagle okazało się, że każdy może jeździć własnym, choćby na wpół zgnitym, autem. Szybko zaczęły upadać PKS-y, miejskie i gminne zakłady komunikacyjne, borykające się z kłopotami taborowymi, ograniczały kursy, także dlatego, że gminy ościenne z braku pieniędzy nie miały z czego dopłacać do wykonywanych kursów. Przykładem jest Poręba pod Zawierciem, gdzie ze względu na braki finansowe przez pewien czas w ogóle nie dojeżdżały autobusy miejskie, poza 2-3 kursami przelotowymi do Siewierza, których z pominięciem Poręby wytrasować się nie dało. Podobny lot spotkał kolej, gdzie w przeciągu 10 lat wiele linii zamknięto, a nawet rozebrano, a na innych ilość kursów spadła, często kilkakrotnie. Wszyscy jeździli samochodami, a cała sytuacja wywołała tzw. "błędne koło", ponieważ spadająca jakość i coraz gorszy dostęp do transportu zbiorowego wymuszał na kolejnych mieszkańcach małych miejscowości przesiadkę do samochodów. A parkować nie ma gdzie, małe miasteczka toną w korkach każdego poranka!

Dziś, po ponad 25 latach, sytuacja ulega poprawie. Z pomocą przyszła Unia Europejska, która miastom pozwala na inwestycje komunikacyjne i jej rozwój, natomiast gminom zapewnia środki na rozwój własny, dzięki czemu większe wpływy budżetowe pozwalają na wygospodarowanie pieniędzy na komunikację. Jednak w odległości 30-40 kilometrów od miasta czas jakby się zatrzymał. Rzadko zdarza się sprawna komunikacja publiczna działająca lokalnie, na terenie gminy czy powiatu, a już jeśli chodzi o jej skomunikowanie np. z koleją regionalną, to można tylko pomarzyć. Jeśli już taka funkcjonuje, to jest to związane głównie z potencjałem turystycznym, jak na Helu, w Zakopanem czy w rejonie Krynicy-Zdroju.

Przykłady na marną jakość komunikacji zbiorowej można mnożyć. Ropczyce, Sędziszów Małopolski, rejon Tarnowa, Bieszczady, Roztocze, Mazury - i tak dalej... Autobusy jeżdżą, busy też, ale ponieważ są to prywatne firmy, to kursy dostosowane są tylko do godzin, kiedy można najwięcej zarobić na pasażerach. W pozostałych porach zaczynają się problemy, których apogeum przypada najczęściej na dni wolne. Poza tym problemem jest kompletny brak oznaczeń, informacji o przesiadkach i jakiejkolwiek numeracji tras, co dodatkowo potęguje nagminny brak rozkładów jazdy na przystankach. Jeśli już rozkład jest, to godziny odjazdów nikną w gąszczu literek i cyferek oznaczających warianty i ograniczenia kursowania, przejęte po archaicznych rozwiązaniach dawnych PKS-ów.

Wiem, jestem monotematyczny, ale gdyby było jak w Czechach? Gdyby chociaż linie komunikacyjne były numerowane i miały wyraźnie określone rozkłady jazdy? Podróżnego nie interesuje, że kursy w niedziele nieparzyste wykonuje pan X, a w parzyste pani Y. Pasażera interesuje, że autobus o 11:30 pojedzie w każdą niedzielę. Jeszcze gdyby do tego dołożyć jako taką integrację z lokalną koleją, umieszczając na rozkładach i dworcach stosowne tabele informacyjne oraz dostosowując przynajmniej część odjazdów do kursowania pociągów, byłaby w Polsce bajka. Niestety, życie to nie jest bajka, więc mamy jak mamy. Pozostaje się szarpać i każdy wyjazd planować co najmniej jak wizytę u fryzjera. A mogłoby być tak pięknie...

Przystanek we Wróblowicach koło Zakliczyna - rozkład jest na drzwiach sklepu... 100 metrów dalej

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Anonimowe komentarze nie będą akceptowane