poniedziałek, 22 sierpnia 2016

POLSKA: przekształcanie stacji w przystanki, czyli pozorne oszczędności na kolei

Kilka dni temu na portalu Zielone Mazowsze pojawił się przedruk artykułu z dwumiesięcznika "Z Biegiem Szyn" nr 4/84 (lipiec-sierpień 2016), dotyczący spadającej przepustowości linii kolejowych, gdzie likwiduje się stacje i posterunki regulacji ruchu, w zamian pozostawiając jedynie przystanki osobowe bez możliwości mijania się składów, co jest szczególnie istotne na liniach jednotorowych.

Jak wskazuje autor artykułu, po likwidacji stacji i uruchomieniu w ich miejsce jedynie przystanków,
w wielu miejscach powstały nawet kilkudziesięciokilometrowe odcinki bez możliwości minięcia się składów. Jeden z najdłuższych znajduje się na linii Olsztyn–Ełk, na której po zdegradowaniu stacji Ruciane-Nida nie ma żadnej mijanki na 57 kilometrach trasy między stacjami Szczytno i Pisz. Tym samym jeden pociąg blokuje tory na co najmniej 75 minut. Także na 43-kilometrowej trasie Opole-Kluczbork po likwidacji stacji Jełowa nie ma się gdzie minąć, natomiast na linii Brzeg-Nysa nie ma
ani jednej stacji, a jest to aż 47 kilometrów. To pogarsza możliwości trakcyjne i odbija się na, i tak już średnim, poziomie usług kolejowych w naszym kraju.

PKP PLK likwiduje, jak leci. Zmniejszająca się przepustowość linii wydaje się nikomu nie przeszkadzać. Pod nóż poleciały mijanki Modła na trasie Legnica-Żagań, Lotyń na trasie Poznań-Kołobrzeg czy Sycewice na najważniejszej linii wzdłuż Bałtyku, łączącej Trójmiasto ze Szczecinem. Zniknęła stacja Tuczno Krajeńskie między Wałczem i Kamieniem Pomorskim, a także wszystkie mijanki na obwodowej linii łódzkiej z Widzewa do Zgierza, gdzie nie sposób ułożyć jakiegokolwiek sensownego rozkładu jazdy.

Kolejne tego typu akcje są w planach. W ubiegłym roku tylko dwóm wcześniej zdegradowanym stacjom: Gregorowce na trasie Białystok-Czeremcha oraz Wilkołaz między Stalową Wolą a Lublinem. Odtwarzanie wcześniej zlikwidowanych stacji jest niezwykle kosztowne. Ponowna instalacja rozjazdów z kompletem urządzeń sterowania, odbudowa nastawni - to niejednokrotnie wielomilionowe koszty. Wiadomo też, że niejednokrotnie pozostawione samopas, nieużywane urządzenia padają łupem złodziei. Według szacunków Andrzeja Jezierskiego, podanych na łamach biuletynu „Na rozjazdach”, odbudowa jednej stacji kosztuje przeciętnie tyle, ile jej utrzymanie przez dziesięć lat.

Skąd pozorne oszczędności, których beneficjentem chce być PKP PLK? Tym bardziej, gdy regularnie rosną opłaty dla przewoźników z tytułu dostępu do infrastruktury. Głupie to i niezrozumiałe. Niestety, dalsze tego typu postępowanie bynajmniej nie wpłynie pozytywnie na ruch pociągów w Polsce, i nie pomogą tutaj żadne modernizacje peronów i pudrowanie niedoskonałości. Świetnie wpisuje się w ten schemat linia helska, która w sezonie nie jest w stanie przyjąć tylu pociągów, ile przyjąć powinna.

fot. Damian Kisielewski (CC BY 3.0)

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Anonimowe komentarze nie będą akceptowane