czwartek, 20 lipca 2017

Kolejowa Komunikacja Zastępcza - zmora polskich podróżnych

Zanim przejdę do meritum - słowo wstępu. Do napisania tego artykułu skłoniła mnie wątpliwa "przygoda" mojego przyjaciela i jego siostry, którzy wybrali się w czerwcu na koncert do Krakowa. Pociągiem. Wzburzyła mnie ta historia i kazała zastanowić się nad tym, dlaczego przewoźnicy kolejowi, kiedy już każą przesiadać się swoim pasażerom do autobusów, chcą im zrobić zbyt dobrze i dlaczego nikt nie zastanawia się właściwie nad dostępnością podróżowania i jego komfortem dla każdego? Opisana tutaj historia wydarzyła się naprawdę i nic nie zostało sfabrykowane.

W Polsce prowadzi się liczne remonty na sieci kolejowej. Są modernizacje większe i mniejsze, wymagające częściowej bądź całkowitej przerwy w ruchu pociągów. Za tym idzie wprowadzanie środka zastępczego, jakim zawsze jest autobus. Ogłaszane są przetargi, zgłaszają się oferenci, a przewoźnicy kolejowi wyłaniają sobie wykonawcę takiej usługi. Tak rodzi się Kolejowa Komunikacja Zastępcza, w skrócie KKZ, przez lata znana jako ZKA, czyli zastępcza komunikacja autobusowa. I tak urzeczywistniają się najgorsze sny pasażerów polskiej kolei.

O ile można zrozumieć, że w przypadku pociągów dalekobieżnych, których stacje oddalone są od siebie zwykle o co najmniej kilkanaście kilometrów, taki autobus musi posiadać pewien standard. Najczęściej chodzi tu o połączenia PKP Intercity, coraz częściej obsługiwane komfortowymi wagonami lub składami zespolonymi, gdzie panuje przestrzeń i klimatyzacja. Wówczas wycieczkowy autobus z pokaźną liczbą miejsc siedzących to jest to! Fakt, że przewoźnik mógłby zadać sobie trud wynajęcia firmy dysponującej autobusami przystosowanymi do wzięcia przynajmniej jednego pasażera na wózku, którego podróż nie będzie wiązała się z rozkręceniem owego wózka i upchnięciem go w bagażniku. Sytuacja w przypadku połączeń lokalnych jest jednak co najmniej żałosna...

Weźmy takie Przewozy Regionalne, które to szczycą się ostatnio nową marką POLREGIO i wysokim standardem usług. Jakoś nie widać tego w komunikacji zastępczej, gdzie zamiast przestronnego pociągu, czasem niskopodłogowego z klimatyzacją, podstawia się jakiś cudowny pojazd, który z wygodą korzystania z kolei ma tyle wspólnego, co ja z projektowaniem odzieży ochronnej. Dobrze, są miejsca siedzące i klimatyzacja. Brakuje jednak drzwi do sprawnej wymiany pasażerów, brakuje miejsca i na wózki, i na rowery, a w szczególności korzystanie z takich wycieczkowych autokarów osobom niepełnosprawnym spędza sen z powiek.

Jako przykład niech posłuży nam organizacja komunikacji zastępczej na E-30 między Mydlnikami a Zabierzowem i Krzeszowicami. Hulają sobie tutaj przepiękne autokary gdzieś z Podkarpacia, jeden z nich dumnie prezentuje się jako PKS Tarnobrzeg. To już nie ma w zachodniej Małopolsce firm transportowych, że trzeba je ściągać z jakiegoś wygwizdowa? To jednak najmniej ważne. Mamy taki nieporęczny dla nikogo autobus, który przystaje co drugą wieś jak piesek na siku. Wymiana pasażerów przez ciasne wejścia upstrzone schodkami wygląda jak wygląda. Czas się rozwleka. I dajmy kolejny przykład: mój przyjaciel na wózku jedzie do Krakowa. Z niejakim trudem udaje mu się dostać na peron (musi zostać przeniesiony przez rodzinę albo znajomych, bo dojazdu nie ma - brawo NIK), i kiedy wreszcie pomyka sobie pociągiem nagle okazuje się, że w Zabierzowie musi przesiąść się na autobus. Oczywiście wózek osobno, przyjaciel osobno. Ktoś musi go do autobusu wnieść na rękach, jak małe dziecko, co uważam jest uwłaczające, jeśli musi to zrobić ktoś obcy. Na szczęście trafia się grupka życzliwych, lekko już w gazie, chłopaków jadących na wieczór kawalerski. Wózek to kolejny problem, bo nigdzie się nie mieści, a pech chce, cholera, ze jest sportowy i nie składa się jak rehabilitacyjna spacerówka. Ale w porządku, trudno. Potem nagle okazuje się, że jakieś dwie stacje dalej kolejna przesiadka, tym razem na pociąg. Przejście przez tory blokuje sznur cystern z paliwem lotniczym, które nie mają gdzie stać tylko akurat tak, żeby zastawić pół świata. Trzeba łoić kładką, i znowu prosić obcych ludzi o pomoc. Wózek z delikwentem niesie konduktor z jakimś pasażerem. Siostra niesie jegomościowi walizkę... Kpina, spazmy śmiechu, a najlepiej mikser w oczy. Nie wiadomo, co tu zrobić i komu dotłuc, żeby zaczęto myśleć o ludziach w każdej potrzebie... Konduktor przeprosił za sytuację, ale do diabła nie o przeprosiny tu chodzi, a o elementarne strzępy myślenia i szacunku dla pasażera!

Tak trudno jest w założeniach przetargowych na obsługę KKZ dla pociągów regionalnych zaznaczyć, że operator ma się zgłosić z autobusami niskopodłogowymi, typu miejskiego lub podmiejskiego? Kiedyś już Przewozom Regionalnym się udało mądrze taką sprawę załatwić. Raz na kilka miesięcy komunikację zastępczą obsłużył Transgór Mysłowice, raz zlecono do krakowskiemu oddziałowi Moobilisa. Jest do cholery tyle przedsiębiorstw dysponujących adekwatnym taborem, ale nie! Trzeba wziąć sobie jakiś pekaes Bóg wie skąd, bo taniej...

Żyjemy w XXI wieku, a funduje nam się takie paranoje. Nie ma takiego województwa, w którym podobne atrakcje nie miałyby miejsca. Może poza Mazowszem, gdzie kolej to, mimo kilku wad, odmienny stan umysłu. Niechby Koleje Mazowieckie spróbowały swoje pociągi na linii grodziskiej zastąpić autokarami klasy lux - pasażerowie zjedliby żywcem wszystkich za to odpowiedzialnych.

Taki autobus zastępczy za pociąg REGIO - niby super, a jednak niewielu ten przepych cieszy...

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Anonimowe komentarze nie będą akceptowane