niedziela, 27 maja 2018

WARSZWA vs KRAKÓW: Noc Muzeów w stolicy i w... stolicy

W ubiegły weekend odbyła się w wielu polskich miastach XV edycja Nocy Muzeów. Jak wiadomo, impreza ta skłania do udziału rzesze turystów i mieszkańców, co widoczne jest zwłaszcza w dużych centrach kulturalnych, jakimi bez wątpienia są Warszawa i Kraków. Dlaczego akurat te dwa miasta? Pierwsze to aktualna stolica Polski, drugie to stolica historyczna. Wiele jest analogii i wielka jest różnica w przygotowywanej na tę okoliczność ofercie transportowej.

Na początek Warszawa, która od wielu lat może być dla innych miast wzorem do naśladowania. To jednocześnie największe miasto w Polsce, tworzące ogromną aglomerację z kilkunastoma miastami wokół. Komunikacja miejska przewozi tam każdego dnia setki tysięcy pasażerów. Także przy okazji Nocy Muzeów sytuacja komunikacyjna jest imponująca. W tym roku uruchomione zostało osiem specjalnych linii autobusowych, zapewniających dojazd do najważniejszych atrakcji muzealnych w stolicy jak Wilanów, Łazienki Królewskie, Muzeum Powstania Warszawskiego czy Muzeum Żydów Polskich POLiN. Autobusy linii A, B, E, F, G, J i K kursowały ramowo między 18:30 a 1:30, z imponującymi częstotliwościami, nawet co około 5 minut. Dodatkowa linia P zapewniała dojazd z Metra Wilanowska do stacji Piaseczyńsko - Grójeckiej Kolejki Wąskotorowej, gdzie przyjazdy autobusów skomunikowane były z odjazdami pociągów o 18:30, 20:30 i 22:30. Dodatkowo kursowała także linia tramwajowa M, między Czynszową a Rogalińską, z częstotliwością 20 minut. Nie muszę dodawać, że wszystkie linie autobusowe obsadzone były rozmaitym taborem zabytkowym (nie tylko z Warszawy), a ich kursowanie zainaugurował coroczny zlot zabytkowych pojazdów na Placu Defilad. Dodatkowo obsługę stolicy przez całą noc zapewniały 43 nocne linie autobusowe, kursujące co 30-60 minut, a do 3. w nocy co kwadrans kursowało też metro. Zwiedzanie muzeów w Warszawie odbywało się zatem sprawnie, bo szybko można było przemieszczać się między poszczególnymi punktami, wybierając bezpośrednie linie specjalne, których wysokie takty umożliwiały wygodne przesiadki na Placu Defilad właśnie.

Kraków stolicą Polski był przed wiekami. Z tamtego czasu została miastu renoma, urocze Stare Miasto, a także mnóstwo muzeów. Wszystkie jednostki starają się jak mogą by przyciągnąć co roku odwiedzających w tę wyjątkową noc. W tym roku, podobnie jak już od kilku lat, krakowska Noc Muzeów (organizowana tradycyjnie w piątek) zbiegła się w czasie z Juwenaliami Krakowskimi, a więc potężny ruch w pojazdach komunikacji miejskiej był do przewidzenia. No i jakoś jak zwykle Kraków zaserwował ochłapy oferty... Uruchomiono zaledwie dwie linie specjalne. Podobnie jak co roku w trasę wyruszyła tramwajowa linia 60, która tym razem miała dość osobliwą trasę: z Placu Centralnego przez Dworzec Główny na Dajwór, a następnie przez Podgórze i Kazimierz do Cichego Kącika. Po postoju tamże tramwaje wracały przez Dworzec Główny do Placu Centralnego. Tym razem nie było więc możliwości dostania się bezpośrednio z Muzeum Narodowego na Kazimierz, gdzie muzeów i placówek wystawienniczych jest bez liku. Autobusowa linia 600 ponownie połączyła Muzeum Armii Krajowej z MOCAK-iem, ale ze względu na remont trasy kolejowej wprowadzono nieco lepszą trasę, wydłużając kursy do pętli Podgórze SKA. Oczywiście, trasa niezła, ale częstotliwość żadna. Obie linie specjalne bowiem kursowały ledwie co godzinę, co w żaden sposób nie zachęca do korzystania z nich. Trudno więc zatem dziwić się, że pasażerowie na przystankach byli raczej zaskoczeni starymi pojazdami, które zbierały zresztą głównie przypadkowych juwenaliowiczów. Wymowne jest to, że do kursu linii 60 pod Muzeum Inżynierii Miejskiej po 22. wsiadłem tylko ja z żoną. Tutaj zresztą też należy zwrócić uwagę na pewną rzecz: tramwaje miały jechać przez Dajwór, ale z powodu awarii torowiska kierowane były Starowiślną na wprost, z postojem na Świętego Wawrzyńca. Oczywiście w internecie nie znalazła się stosowna informacja, dostępna jedynie na przystanku Dajwór... Komunikacja nocna funkcjonowała w zasadzie tak sobie. Linie tramwajowe kursowały normalnie, podobnie jak większość linii autobusowych. Uruchomiono co prawda dodatkowe dwie linie (618 i 620), które wiele nie pomogły w zapewnieniu lepszych połączeń, a linie 601 i 611 kursowały na wspólnym odcinku co kwadrans. Generalnie widać było, że pasażerowie z komunikacji raczej nie korzystają, poza oczywiście studentami, bawiącymi na koncertach i juwenaliowych dyskotekach. Po północy od Muzeum Narodowym zrobił się istny tłum - jedni wyszli z muzeum, inni z koncertu pod Żaczkiem. Autobusy od strony Czarnowiejskiej przyjeżdżały pełne, wymiana pasażerów była co najmniej skomplikowana, a część pasażerów zostawała na przystankach lub - wyruszała w pieszą wędrówkę. Jednym słowem w Krakowie nastąpiło całkowite obnażenie słabości transportu miejskiego i jego spektakularna klapa.

W Warszawie korzystanie z linii specjalnych było darmowe. W Krakowie w tym roku okolicznościowe monety nie uprawniały do korzystania z usług KMK. W Warszawie można było zwiedzić wiele placówek jednocześnie, jeśli oczywiście kolejki na to pozwoliły. W Krakowie przedostanie się z muzeum do muzeum potrafiło zabrać ponad godzinę, no chyba że samochodem albo taksówką. W Warszawie transport dzienny przeszedł płynnie w nocny. W Krakowie przerwy między ostatnim kursem dziennym a pierwszym nocnym sięgały 40 minut. I tak jest od lat, mimo niby poprawek. To była moja ostatnia Noc Muzeów w Krakowie. Za rok jadę do Warszawy - przynajmniej uda mi się przejechać jakimś fajnym, zabytkowym autobusem...

fot. R. Motyl (Miasto Stołeczne Warszawa)

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Anonimowe komentarze nie będą akceptowane