poniedziałek, 19 listopada 2018

KRAKÓW: wszyscy na wszystkich, czyli najwyższy czas na zmiany w taryfie

Dlaczego pasażer, który musi przejechać całe miasto do pracy, ale może skorzystać tylko z jednej linii, ma płacić miesięcznie mniej niż ten, który pokonuje trasę o połowę krótszą, ale musi się przesiąść przynajmniej raz? Dlaczego takie rzeczy tylko w Krakowie? No właśnie...

Znów pojawia się kwestia zmian w taryfie biletowej pod Wawelem. W Radzie Miasta trwają w tej sprawie rozmowy i konsultacje, bo ciągle nie wiadomo, jak daleko można się posunąć. Krakowian wszak wszyscy się boją, a oni sami chyba nie do końca wiedzą, co jest dla nich dobre. W zeszłym tygodniu Gazeta Krakowska napisała o tym, że radni chcą zlikwidować bilet 20-minutowy oraz bilety miesięczne na jedną i dwie linie. W grę wchodzi także podniesienie ceny za normalny bilet jednorazowy. Z tymi pomysłami się jak najbardziej zgadzam, bo bilet 20-minutowy nie zachęca do niczego, poza kombinowaniem. Zawsze śmieszy mnie, gdy pani z torebką za półtora tysiąca dyskutuje o tym, czy kupić bilet za 2,80 czy za 3,80. Co do biletów na jedną i dwie linie, sprawa jest jak najbardziej słuszna. Dzielenie biletów w taki sposób, w jaki w czasach dinozaurów zrobił Kraków, to zwyczajna dyskryminacja. Ale nie moje zdanie jest tutaj najważniejsze, a rachunek ekonomiczny. Ten jest z kolei bardzo prosty. Odkąd młodzież korzysta z darmowych przejazdów, sprzedaż biletów na jedną linię spadła kilkukrotnie. Odkąd pojawiły się buspasy i nowe fragmenty torowisk, więc komunikacja przyspieszyła, bilet 20-minutowy stał się biletem pierwszego wyboru. Wniosek: dosyć tego! Bez względu na opinię publiczną i muchy w nosie mieszkańców miasta!

Krakusy to chytry naród, co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Skoro jednak widzą oni, że za wszystko muszą płacić coraz więcej, bo drożeje prąd, gaz, woda i w związku z tym wszystko jak leci, to dlaczego spodziewają się, że komunikacja miejska będzie tanieć, albo przynajmniej ciągle kosztować tyle samo? Trochę to dziecinne, czyż nie? Ja wiem, że w Warszawie też jest bilet 20-minutowy, jednak jest on sporo droższy od krakowskiego. Wiem też, że Kraków wcale nie ma najtańszych biletów jednorazowych. Jednak to Kraków w ostatnich latach nieustannie inwestuje w nowy, drogi tabor. To mimo wszystko kosztuje, i można się tutaj doszukiwać wszelkich znamion mściwości Prezydenta Majchrowskiego, bezmyślności radnych i zmowy sił nieczystych, ale koszty trzeba ponieść. Trudno spodziewać się, że na to wszystko, i jeszcze na pensje dla pracowników, rachunki za prąd, paliwo i części użyte do napraw, w całości płacić będzie miasto z własnej kieszeni. Budżet żadnego miasta nie jest z gumy, nie da się go ciągle powiększać. Wpływy z biletów muszą choć częściowo równoważyć wydatki na transport zbiorowy. Gdy wpływy spadają, a koszty rosną, trzeba niestety sięgnąć do kieszeni obywateli. Takie jest podstawowe prawo funkcjonowania samorządu, a jeśli to komuś nie odpowiada, zapraszam na bezludną wyspę.

Reasumując, choć żadnych oficjalnych decyzji w sprawie taryfy nie ma, podwyżki będą. Na szczęście likwidacja tańszych biletów okresowych zapewne spowoduje obniżkę biletów sieciowych. Najpewniej w tym tygodniu radni pochylą się nad projektem zmian i zdecydują, kiedy podjęte zostaną jakieś decyzje. Może się to stać na przełomie listopada i grudnia, ale nie musi. Tak czy inaczej ceny zmienią się nie wcześniej niż w styczniu, choć jest to raczej mało prawdopodobne.

źródło: LoveKraków

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Anonimowe komentarze nie będą akceptowane